Wehikuł czasu

Szkolne życie to nie tylko sukcesy i duma z osiągnięć uczniów. To także dni, kiedy coś idzie nie tak, zupełnie nie tak albo tak jak, na przykład, dziś:

Mieliśmy całkiem przyjemny temat o wehikule czasu. Wszystko szło gładko, dopóki nie zajęliśmy się czasem sensu stricto. Omówiliśmy sobie zegar w podręczniku, omówiliśmy ilustracje do kilku pierwszych zadań, która wskazówka jest która, z ilu minut składa się godzina, z ilu pół godziny i kwadrans, odliczyliśmy minuty co pięć itd. Zapytałam, czy wszystko jasne. Tak, tak. Rozdałam wskazówki do zegara na wewnętrznej stronie okładki i poprosiłam o ułożenie ich na godzinie 22:00. Poszło dość dobrze. Teraz 22:05. Kilka osób ułożyło 23:00. Hmm… Znów krótka powtórka, rzut okiem na rysunek w podręczniku. Poproszę 22:10. Znów kilka błędnych wskazań. Potem zamiast 22:15 zobaczyłam 22:30, a zamiast 22:20 – 22:40. Krótko mówiąc, im dalej, tym gorzej. Narysowałam więc wielką tarczę zegara na tablicy, zaznaczyłam godziny. Pomiędzy poszczególnymi godzinami rysowałam po 4 kreski i wykorzystując własne ramię udawałam upływ czasu (całe szczęście, że miałam bluzkę z krótkim rękawem, bo zupełnie dosłownie urobiłam się po łokcie 🙂 ). Chętni uczniowie odczytywali godziny, np. minuta po pierwszej, dwie minuty po pierwszej, itd. Gdzieś koło wpół do drugiej słychać było coś na kształt: „Eureka!”.

Planując te zajęcia, nie wzięłam pod uwagę opcji, że dzieci nie złapią, o co chodzi. A potem naszła mnie myśl: jak mają znać się na zegarku, skoro one nie korzystają z zegarków? A już szczególnie z tarczowych.

Niezbyt staranny, ale spełnił swoje zadanie
Niezbyt staranny, ale spełnił swoje zadanie

Rozmontowałam własnemu dziecku zabawkę, której elementem jest zegar tarczowy z ruchomymi wskazówkami i dam się nim jutro dzieciom pobawić. Będą sobie zadawać „zagadki” do zilustrowania na tym zegarze. Myślę, że przyda się też analogowy budzik, żeby fizycznie zademonstrować dzieciom upływ czasu i ruch wskazówek na tarczy.

W najbliższym czasie odbędą się zajęcia związane z ważeniem. Nie wyobrażam sobie przeprowadzić ich „na sucho”, czyli bez użycia wagi. Jest w szkole jedna, ale słuch po niej zaginął. Kupno nowej na własny koszt, na 2-3 lekcje, to także marny interes. Znalazłam jednak pomysł, jak zrobić wagę własnoręcznie w książce „Dziecięca matematyka. Książka dla rodziców i nauczycieli” autorstwa Edyty Gruszczyk-Kolczyńskiej i Ewy Zielińskiej (Warszawa 1997, WSiP, str. 116). Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym go z lenistwa nie zmodyfikowała. Ale o tym za kilka dni. 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s